Nieznany sprawca otruł trzy koty. Wojtuś nadal walczy o życie. Dwa pozostałe odeszły…
Leżeli nieruchomo. Cała trójka.
Wojtusia znałam. Rudego, spokojnego kotka, który zawsze przychodził pierwszy, kiedy tylko słyszał szelest torebki z karmą. Znałam też łaciatego — pojawiał się tu od miesięcy. Kotki nie znałam. Była młoda, w zaawansowanej ciąży. Pewnie niedawno zaczęła tu przychodzić, szukając jedzenia dla siebie i dla dzieci, które miały się urodzić.
Łaciaty już nie żył.
Kotka jeszcze oddychała. Miała drgawki, wymiotowała, jej ciało trzęsło się w konwulsjach. Wzięłam ją na ręce. Patrzyła na mnie wielkimi oczami i nie mogła przestać drżeć.
A Wojtuś żył. Ale ledwo.
Kiedy go podniosłam, od razu poczułam, że coś jest bardzo nie tak. Próbował wstać — i nie mógł. Przewracał się na bok. Jego łapki poruszały się chaotycznie, jakby zupełnie go nie słuchały. Nie mógł utrzymać głowy. Patrzył na mnie tymi swoimi przerażonymi oczami i nie rozumiał, co się z nim dzieje.
Wiedziałam od razu. Trucizna.
Ktoś w nocy celowo otruł te koty. Koty, które przychodziły tu każdego dnia, bo były głodne. Koty, które nikomu nie zagrażały. Ktoś postanowił, że mają umrzeć.
Zabrałam Wojtusia i kotkę prosto do kliniki. Ale kotki nie dało się uratować. Odeszła tam — razem z nienarodzonymi kociętami, które nigdy nie zdążyły przyjść na świat. Doktor potwierdził: zatrucie. Układ nerwowy Wojtusia jest poważnie zaatakowany przez truciznę. Stąd brak równowagi, nieskoordynowane ruchy i drgawki. Nie wiemy jeszcze, ile jej połknął. Nie wiemy, co dokładnie to było.
Wojtuś natychmiast dostał tlen i kroplówkę z płynami — żeby wypłukać z organizmu jak najwięcej trucizny. Dostaje leki przeciwdrgawkowe. Musi zostać w klinice pod całodobową opieką. Tylko intensywna hospitalizacja daje mu szansę.
Wróciłam do domu przed siódmą rano. Usiadłam i długo nie mogłam wstać. Myślałam o łaciatym. O kotce. O kociętach, które nigdy nie zobaczą świata. I o Wojtusiu, który leży teraz w klinice z kroplówką w łapce i walczy o życie. Nie wiem, czy uda mi się dowiedzieć, kto to zrobił. Nie wiem, czy kiedykolwiek zrozumiem, jak można tak po prostu — w nocy, z zimną krwią — zabić niewinne zwierzęta.
Ale wiem jedno. Wojtuś żyje. I zrobię wszystko, żeby tak zostało.
Proszę Cię — pomóż mi uratować Wojtusia. Każda złotówka to kolejna godzina kroplówki, kolejna dawka leku, kolejna szansa, że ten rudy kotek wróci do zdrowia.
Pomóż Wojtusiowi przeżyć.
