Krótka historia pewnego białego kociaka🐈
19 maja 2025
Kochani, chciałabym opowiedzieć Wam historię pewnego ślicznego, białego kotka.
Kimchi – bo tak go teraz nazywam – jest ze mną już od kilku tygodni. Wcześniej miał innego opiekuna i nosił imię Wolf.
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie recepcjonistka z naszej lecznicy. Powiedziała, że został u nich porzucony kot. Właściciel zostawił go po odrobaczeniu, ponieważ uznał, że rachunek jest zbyt wysoki. Po prostu uciekł, wyłączył telefon, a Kimchi został sam. Niestety lecznica nie ma możliwości trzymania zwierząt na dłużej, dlatego poproszono nas o pomoc.
Nie mogłam odmówić… Ten domowy kotek nie miałby żadnych szans na ulicy. A właśnie to był jego los, gdyby nikt go nie odebrał.
Kimchi miał grzybicę skóry i świerzb – wymagał leczenia, opieki i izolacji od innych moich kotów. Zaczęliśmy walkę o jego zdrowie i bezpieczeństwo.
Po pewnym czasie lecznica skontaktowała się ze mną ponownie – właściciel się odezwał, zadeklarował opłacenie rachunku i zażądał zwrotu kota. Ale jak oddać zwierzę komuś, kto porzuca je bez mrugnięcia okiem? Kto zostawia je chore i przestraszone w lecznicy? Nie chciałam tego robić, ale zawiozłam Kimchiego z powrotem.
Wieczorem recepcjonistka zadzwoniła do mnie – właściciel znów zniknął. Nie odbierał telefonu i nie pojawił się po kota. I tak już zostało.
Dziś Kimchi jest bezpieczny u mnie. Wyzdrowiał, a jego sierść, która musiała być ogolona na plecach, zaczęła już odrastać. Znów jest piękny – i przede wszystkim: kochany.
